sobota, 12 sierpnia 2017

sama się prosiłam

żebyś siedział na adoracji. Wiem. Tamtego lipcowego dnia, kiedy siedziałeś na schodach przy plebanii, a ja skwitowałam: ok, ale nic tu nie wysiedzisz, szkoda, że nie na adoracji. Tia. No to mam teraz. Właśnie teraz, kiedy najchętniej zamknęłabym, zacisnęła dłoń. I próbuję się od Niej uczyć niezaciskania.
Nie uwierzysz, synu, jak ciężko jest matce pozwolić dziecku iść na tą pustynię. Teraz, kiedy wiem, że to ostatnie dni, ostatnie chwile. Pozwolić ci wpadać na godzinkę i
zaraz, za szybko wypuszczać cię przed Niego - właśnie wtedy, kiedy cała moja babska miłość chciałaby, żebyś został. Choćby pod pretekstem, żeby schować cię, obronić. Tak wiem, że się boisz. Nie masz pojęcia, jak bardzo wiem.

Nie. No nie zacisnę.
Pytanie, czy Go kocham, jest idiotyczne w tym kontekście. :P Że z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa. Wpoisz je twoim synom.
No chyba, cholera, wpoiłam. :P Sukcesy wychowawcze bolą...

Moje liturgiczne imieniny, tia.
Istnieje jeszcze inny rodzaj męczeństwa: męczeństwo z miłości. Miłość Boża przenika jak miecz do najgłębszych tajników naszej duszy i oddziela nas od nas samych. Ta miłość oderwała od wszystkiego, co najdroższe. Święta Joanno Franciszko, lol.

I że wyszłabym, wyszlibyśmy na idiotów, gdybyśmy w całej kosmicznej karkołomności tego, co robisz, synu, i co ci się udaje wbrew logice, praktyce, zwyczajowi i wbrew światu :) negowali, że jest to Boże prowadzenie i Boża wola, tak? A jeśli - to jest koniec tematu. 
On cię nie zostawi. Nie zapomni. Jeśli ja, baba głupia, obca baba nie zapomina i nie zostawia, jakże Mógłby? Tia, czuję się dowodem rzeczowym. :P No szkoda mi trochę, że rzeczowym, tak? :P No, bo Zrobiłby coś wreszcie, a nie tylko Obiecuje i Obiecuje. :P

Czy wiedziałam od początku? Oczywiście, że nie.
Znaczy: rzeczywistość powołania zrozumiałam naprawdę bardzo wcześnie. Jeszcze w podstawówce była radość, był strach, była niechęć do zakonnic (biedne benedyktynki, ależ obrywały za każdą, najdelikatniejszą próbę "agitacji" czy choćby propozycję hm bliższego poznania :), no myślę, że musiały coś we mnie widzieć i po prostu miały nadzieję...). Potem, koło matury, totalna bezradność, bo żadnej opcji oprócz zakonu nie znałam - wtedy rozważałam honoratki-skrytki. Potem to hm prowadzenie tamtego kapucyna i aut-aut, małżeństwo albo zakon. Klaryski - no i że nie, niestety. Potem rzeczywistość totalnego odrzucenia, zarzutów ("zmarnowane powołanie" i te sprawy), życie na marginesie Kościoła - ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra może :P. I dopiero potem, na samym końcu, dylemat: zostać jak jestem czy załatwić to formalnie.
Tak, długo myślałam, zanim poszłam z tym do proboszcza, pewnie z rok. Ze świadomością, że nic nie muszę, że On mnie nie będzie mniej Kochał, że cokolwiek wybieram, będzie dobre. Tak, bardzo się bałam. Że mnie wyśmieją, że się nie nadaję, że po co to przedstawienie, że przecież w Ostatecznym Rozrachunku i tak niczego nie zmieniam, że nie potrzeba mi tego robić. Tak, w tych ostatnich latach Dał mi zupełnie wolny wybór. Postawił mnie między kilkoma osobami, kilkoma miłościami, i Pozwolił wybierać. Dla mnie to był wybór bardziej między Osobą a osobą, mniej między formą życia a formą życia. Może właśnie dopiero na koniec, w 2006: formalna konsekracja czy śluby prywatne czy nic. :P
I tak naprawdę nie potrafię powiedzieć ci, dziecko, czemu tak wybrałam. Może dlatego, że to była najtrudniejsza opcja. :P 

I że wczoraj do północy siedziałam na balkonie z różańcem, ze 2 godziny chyba :), patrzyłam, jak lecą gwiazdy :) - spadły mi ze trzy.
I że nie mam większych marzeń niż żebyś był święty. :)

2 komentarze:

  1. podobno najwięcej leciało ubiegłej nocy, ale u nas było tylko błyskawice widać. Tego lata widziałam chyba najwięcej w życiu. Przedtem zdarzało się jedna na parę lat, a teraz leeecą.

    OdpowiedzUsuń