wtorek, 26 marca 2019

wykreśliłabym ten dzień

z życiorysu, a życiorys by tylko zyskał. Nieogarnięta, niepozbierana, wściekła na siebie. Rano przygotowałam siedem lekcji na dziś i jutro, monitorując co pół godziny, czy mama już przyszła (włączyła się funkcja śrubka w, znaczy zdrowieje) - jak już przyszła, to oberwałam, że jęczę, że się nie potrafię pozbierać - a co, jęczy to w łeb jej, nic lepiej nie pomoże. Potem poszłam do pracy, a mama, zdaje się, zrobiła dwukrotnie na piechotę drogę do szpitala i nazad z siatami w ręku (mimo mojego zaklinania na wszystko, żeby wzięła taksówkę, no ale po co). W pierwszej pracy bałagan pod sufit, znowu inny plan lekcji w idei, a inny w realu, Platon by się w grobie przewrócił.  Wypis taty trwał do 14.00 jakoś, dobrze, że ciotka-neonka mamie pomogła (tak, Magda, neony też czasem na coś się przydają :). Kiedy około 17.00 wróciłam z drugiej pracy, byli już szczęśliwie w domu. Mama, oczywiście, zajęta wypakowywaniem siatek, narzekająca, że nie zdążyła się położyć. To zostaw te siatki i się połóż, wypakujesz potem. :P

Zjadłam. Włączyłam kompa z nadzieją, że uzupełnię dziennik elektroniczny, stronę szkoły i napiszę maila do brata, że tata wyszedł, bo jest aktualnie w takim miejscu, że nawet smsy tam zawracają. :P Komputer się zawiesił. Nie pomaga nic. Ani kopniaki, ani kombinacje żadnych tam altów, delów i niczego w ogóle. W końcu mail (chyba) poszedł. Wywaliłam jeszcze namoczony przed tygodniem do sadzenia groszek (miałam go posadzić w zeszłą środę, ale przecież nie było jak), bo przez ten tydzień, oczywiście, zgnił. No taka jestem, czego się nie dotknę, gnije, tak?

Wybiegłam do kościoła. Na dworze zadymka śnieżna i to taka fest, jak w środku stycznia. Przedzierałam się przez śnieg i wicher, usiłując bezpiecznie przechodzić ulice, pod kościół wpadłam 18.01. Schody w remoncie, trzeba wchodzić przez którąś zakrystię - wybrałam tą ministrancką, razem ze sporym tłumkiem równie spóźnionych (i zaśnieżonych) indywiduów. Wchodzimy, 18.02, a tam kończą odmawiać Confiteor. Chwila, o której wyście zaczęli tą mszę, hm? No w sumie jak odprawia PeJeden, to zaczyna o której mu się przypomni, zakładając, że jak jest, to może. :P Cóż, według prawa kanonicznego chyba nawet ma rację...

Zaczęły się czytania, kościelny przegonił tłumek przez prezbiterium na kościół, cały tłumek spóźnialskich oprócz jednej starszej pani, która powiedziała, że nie pójdzie, bo nie pokona trzech schodków (bez poręczy) oddzielających prezbiterium od kościoła. To ja też zostaję, a co. :P Nawet mi było na miejscu za ministrancką szafą... nawet jeśli pewnie wolałabym w. :P Dla pani wystawiłam krzesło. Pani popatrzyła, omiotła wzrokiem dwa inne krzesła, po czym posadziła tyłek na piramidzie ustawionej z trzech krzeseł ułożonych jedno na drugim. Na tym nie, bo się zawali - syknęłam. Machnęła ręką, siedzi. Zupełnie jak moja mama  - pomyślałam i dałam spokój. Jakoś się nie zawaliło. OK, zakładam, że było jej na tym wygodnie siedzieć. BTW proboszczowi, chłopu w sile wieku, między uszami nie przemknęło, że te trzy schodki mogą być dla kogoś przeszkodą nie do pokonania.

Zaszłam do rodziców, umówiłam się na jutro, wpadłam do domu. Siadłam na szafce w przedpokoju i zaczęłam płakać - i mama, otworzywszy drzwi, mało mnie nimi nie zmiażdżyła :P. Bo jeszcze coś. OK. Ściągam ciuchy, padam na krzesło. Puk puk. Chwilę. Szamoczę się ze spódnicą, otwieram. Sąsiadka. Bo wnuczce trzeba czas zaprzeszły wytłumaczyć, co to jest. OK, mówię, w 15 minut to wytłumaczę, ale kiedy? Jutro po południu pracuję. Może jutro o tej porze? Zamykam drzwi, siadam. Drrrr. Telefon. Pani I., moja stażystka. Rozmawiamy kilkanaście minut. Tak, naprawdę dobrze powiedzieć dobre słowo o szefowej :). Lekcja otwarta, ok. W środę za tydzień?

Przekleństw gęsto padających pomiędzy kolejnymi wydarzeniami dzisieja nie zacytuję. To czy ja mogę w końcu iść na kolację? Wyłączyć komputer, iść się spokojnie pomodlić, jeśli nie (i zanim) zasnę?

Nie chcę tego dnia. Był do d.

poniedziałek, 25 marca 2019

kolejny przebiegany dzień

między dwoma pracami, indywidualnym, szpitalem, domem a kościołem. Tyle dobrego, że może jutro tatę puszczą do domu...
i nie, nie wiem, co dalej.

Zjadłam trochę wywaru na kurczaku z warzywami, taki chudy, niedosolony rosół. I chyba uzależniłam się od coli. Oni pewnie dodają coś do tego świństwa, że jak wypijesz półtora litra, to potem chcesz więcej. :P

Nie, nie mam żadnych okołoteologicznych przemyśleń w związku z Wcieleniem. W ogóle przemyśleń nie posiadam. Posiadam tylko nogi włażące w d*, zaciśnięte ze wszystkich sił zęby  i protestujące flaki. A, i bolącą głowę.
Same zalety wcielenia.

Miałeś Ty kiedyś jelitówkę? :P

niedziela, 24 marca 2019

tak wiem

to w żadnym razie nie był najgorszy łikend mojego życia, nie mam złudzeń - będą gorsze :P.

Zaczynam powoli wracać do żywych, czyli próbuję po trochu jeść. Mojemu ciału się to nie bardzo podoba, ale obywa się bez gwałtownych protestów. Niezbędne przygotowania do jutrzejszej pracy, trzy wypady do szpitala i z powrotem, jeden na mszę. Tyle.

Z dobrych rzeczy - że wczoraj wieczorem zadzwoniło dziecko. Wierzę, synku, że decydujesz dobrze co do tej stuły i że zmiana właściciela wyjdzie ku dobru, nie ku złu - jeśli tak zdecydujesz. Nie wiem, czemu tak. Ale sam wiesz, że akurat _ta_ historia należy do kategorii, w których można by upatrywać wyprowadzania dobra ze zła. Chociaż na początku bolało. Wiem.
Wiesz, wydaje mi się, że warunkiem koniecznym, aby zobaczyć jakiś sens cierpienia, jest widzieć dobro, które z niego wynikło, albo fakt, że cierpienie skończyło się - ale  w jakimś sensownym - po ludzku myśląc - czasie. Tu nie minął rok i widzisz, że są dobre aspekty tego wszystkiego. Ok, chwała Bogu. Boli, ale potrafisz na to spojrzeć inaczej, tak?
A jeśli po prostu latami tylko boli i nic więcej, i widzisz, że z tego wszystkiego wynika tylko kolejne, następne zło? Albo zupełnie nic nie wynika?

sobota, 23 marca 2019

nie wiem, czy to jelitówka

argumentem na "nie" jest że tato nie wykazuje żadnych objawów... za to mama ciągle na dwa końce. Biegam dziś cały dzień między nimi - po nieprzespanej nocy, bolało, rano zaaplikowałam sobie ten stoperan i jakiś antybiotyk. Tam i nazad do szpitala (samo dojście to 20 minut tam i 20 z powrotem), na pół litra odrdzeee...e... coli i dwóch suchych bułeczkach. Do mamy za każdym wyjściem i powrotem (leży). Wieczorem ostatni raz do taty, dałam kolację, wypróżniłam worek, przespacerowałam pod rękę dookoła korytarza, ułożyłam spać. 18.05. Dzwonię do mamy: nic strasznego się nie dzieje? Mogę do kościoła (na resztkę mszy) i kupić bułki? Po otrzymaniu pozwolenia wpadłam do parafii na (niestety) początek kazania (niestety) PeJeden. Gadał (stanowczo za długo) na temat sensu cierpienia, tylko po to, żeby na koniec stwierdzić, że tak naprawdę nic nie wiemy, bo to tajemnica. Ale wcześniej przywołał jakieś wzajemnie sprzeczne teksty z jakichś podejrzanych objawień, z których jednoznacznie wynikało, że cierpi się za karę i w nagrodę. Jak cierpi zły, to za karę, a jak dobry, to w nagrodę, finito. :) Cierpienie w nagrodę :P to naprawdę kosmiczny pomysł, lepszego dawno nie słyszałam.

Kupiłam te bułki i do tego banany i styropian eee... wafle ryżowe dla taty, wstąpiłam do mamy, skonstatowałam, że żyje, podzieliłam się tabletkami, poszłam do siebie. Zdjęłam ciuchy, nalałam kubek odrdzewiacza, wzięłam kolejną suchą bułkę, walcząc z uczuciem przelewania się po kichach zaczęłam jeść. Telefon. Tata. Mam natychmiast przyjść, bo worek się oberwał. Tia, najbidniej będę za pół godziny, jeśli w ogóle dojdę po zmroku :P (o bezpiecznym powrocie nie śmiem marzyć). W tle słyszę: ale po co pan dzwoni, jest pielęgniarka. Tak, rozumiem jego bezradność i chęć, żeby przy nim być. Ale zwyczajnie nie daję rady.

Też bym chciała, żeby ktoś ze mną był.
Naprawdę bym chciała jakoś zobaczyć, że Jesteś, do cholery, w całej tej historii, w całym tym sznurku kolejnych złych wydarzeń. Łatwiej mi założyć, że Cię w tym nie ma, albo że to za karę, niż gwałcić się do uwierzenia, że całe to cholerstwo dostaję w nagrodę z Twojej Miłości, tak? Bym Ci powiedziała, co zrobić z tą nagrodą, tiaaaa. Jakbyś nie Mógł przynajmniej nie łączyć w jeden dzień mojej jelitówki, jelitówki mamy, trzykrotnego biegania do szpitala i oberwanego worka. Przecież wiem, że Możesz. I ta wiedza niczego mi nie ułatwia.

Z innej beczki. W ślimaku-korytarzu prowadzącym na szpitalne oddziały ktoś uparcie zostawia na oknach święte obrazki. Patrzę na nie w przelocie i estetyka większości z nich wzmaga objawy jelitówki... I tak myślę, że może autorzy tych obrazków ponoszą częściową odpowiedzialność za wysoki odsetek (czynnych) homoseksualistów po zakonach męskich i seminariach :P.

piątek, 22 marca 2019

mam kompletną dysmotywację

pierwsza praca, nauczanie indywidualne, sprawdzanie (tyle mnie pociesza, że reading do FCE zrobiłam w 30 minut bez specjalnego skupienia, popełniając dwa błędy na 52 możliwe :) , chyba jeszcze mam mózg?), rozmowa z mamą, która właśnie przyszła ze szpitala (na oddziale jest straszny bałagan, tia wiem, porównanie oddziałów w szpitalu jest jak porównywanie szkolnych klas, nie wolno tego robić w obecności żadnego zainteresowanego, bo mogiła). Lekarze dalej nie wiedzą, co się dzieje, uniwersalną odpowiedzią jest "ma 82 lata, z czego 10 z rakiem, 4 operacje w historii, radioterapia i chemioterapia do przedwczoraj, a wy pytacie, czemu jest źle" :P - no tak, wiem. Mama ma za złe, że nie rozmawiam z lekarzami...

Zaraz  coś zjem i idę do taty, trzeba mu pomóc zjeść obiad, potem do drugiej pracy, potem znowu do taty, na mszę na pewno się spóźnię, nie ma bata.
Chcialabym mieć jakieś przekonanie co do życia, motywację, nie wiem, cokolwiek. Myślę, że nie mam specjalnego prawa domagać się, żeby coś takiego mieć.

przed 17.00
rzygam. Myślałam że to tylko skutek szpitala, gorąca w sali, zapachów i kontaktu z wiadomym workiem - ale mama rzyga jeszcze bardziej i boję się, czy to nie jaki wirus. A zaraz muszę znowu iść...

Brat napisał smsa z drugiego końca świata. Jak tata?
Mam ci opowiedzieć o gorącej sali, szpitalnym smrodzie, pościeli zabrudzonej przy opróżnianiu worka, wiecznie zajętych łazienkach? Bez zmian. Za chwilę drugie pytanie: a mama zmęczona?
Tia, trochę. Wiem, że o mnie nie zapytasz. Przyjechać? Już mam wizję kolejnej osoby, dookoła której będę się musiała kręcić, jeśli przyjedziesz. Nie. Chyba że zgłosisz chęć nauczenia się opróżniania worków stomijnych. Wymiany nie wymagam.

Boże, nie musieć nigdzie iść, położyć się, zasnąć. Trzy głębokie oddechy, trochę wody do popicia. Idę.

czwartek, 21 marca 2019

w biegu

dom-szpital-dom-praca-szpital-dom-ogród-kościół-dom. Zaraz dopiję herbatę i pójdę się myć, bo zasnę pod prysznicem. :P Generalnie na bieganiu się skończyło, wiele nie zdziałałam dziś w żadnym z wymiarów :P, zbyt byłam zajęta bieganiem.

W ogrodzie wiosna, tia. Cebulice za chwilę.
Zdumiałam się ostatnio, że cebulice = bluebells to "magiczne" kwiatki Anglosasów, których nie wolno zrywać. Bo wróżki czy coś. :P

To dowód rzeczowy, ze w tym roku są cztery:
I jeden śmieszny krokus.
Pierwsza prymulka.
Jedyna przylaszczka - druga zdechła, niestety.
Bez już ma taaaaaakie pąki - oprócz zamarłych gałązek, które obgryzły szerszenie.
A w tle, za bzem - wiewióra. :) Dziś odwiedziły mnie dwie wiewióry, zdaje się, że chciały na kawę, bo jedna prawie weszła do domku - drzwi były otwarte. Stała sobie może dwa metry ode mnie i patrzyła, co ze mnie za dziwadło w rudej, wiewiórczej kurtce. Niestety, nie miałam ze sobą aparatu. Może jeszcze przyjdą.

Roboty w ogrodzie od groma, a ja ledwie mam czas na godzinkę może dwa razy w tygodniu wyskoczyć...

środa, 20 marca 2019

so far, so good

czyli to, czego się najbardziej bałam, póki co się nie stało... chwała Bogu. Neony mnie uczyły dawno, dawno temu, że w życiu chrześcijanina nie ma wydarzeń złych, tia. No ale jeśli jest człowiek, nawet nie że zły, pewnie po prostu głupi i bardzo pokręcony, od którego ja osobiście doznałam dużo zła, takiego, że dotąd nie potrafię się wygrzebać, jeśli wiem o innych, którzy też zła od tej osoby doznali, i jeśli stajesz nagle w perspektywie, że ten sam człowiek będzie zajmował się twoim dzieckiem - no to ja przepraszam, to nie jest dobre wydarzenie. Zresztą, mam wrażenie, że tym razem Bóg rzeczywiście Stanął po mojej stronie - i naprawdę chwała Mu. Tak, jeśli Przeprowadzi to do końca ku dobru, to będzie cud.

Tata w szpitalu, rano wzięli go z korytarza na salę, dostał jakąś kroplówkę. Ciężko opanować worki w tym otoczeniu, do pełni radości mamy jeszcze cewnik, żeby było trudniej się ruszać (no tak, teoretycznie żeby nie było trzeba się ruszać - ale za to ja latam znowu z miską g* po szpitalnych korytarzach, jak rok temu, po kilka razy dziennie... Nie że przeszkadza mi, że latam, tylko przejść wzdłuż korytarza z takim ładunkiem to nie najlepsze zadanie, jeszcze mnie nie znają tutaj, nie tak, jak na chirurgii, tia...) Mama chyba będzie chora z tego wszystkiego, rozkłada ją coś, kazałam jej wziąć leki i iść spać. No ale to mnie naprawdę nie rusza, mogę to wszystko na miarę sił jakoś ogarniać, nawet i sama.

 A poza tym wiosna.

 Wytęż wzrok i znajdź biedronkę. :)

wtorek, 19 marca 2019

tata w szpitalu

mama razem z nim, chyba na razie na izbie przyjęć, czekam na jakąś wiadomość. Nie bardzo chcę dzwonić, bo zabrali dwa rozładowane telefony :P i może się okazać, że jak oni zechcą zadzwonić, bo będzie coś ważnego, to d*. Zadzwoniłam za to do brata... nie wiem, może za to oberwę. :P

To jeden z tych dni, kiedy nie dotarłam na mszę, bo pakowałam tatę do szpitala, wsadzałam go w karetkę, potem mamę w taksówkę. Cała akcja bezpośrednio po przyjściu z pracy. Dopiero potem wpadłam do kuchni, żeby coś zjeść, i nie rozbieram się, czekam.

Ciężko mi być samej. Wiesz. Nie wiem, czemu tak Robisz. Modlę się do tego świętego Józefa, tia. Boże, może jak dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć razy Powiedziałeś mi po kolei "nie", to może jutro, tego dziewięćset dziewięćdziesiątego, Powiesz raz "tak"? Boże, mogę na to liczyć? Przecież nie proszę o niewiadomoco, tak? Tylko o cud :P.