czwartek, 24 maja 2018

nie mam siły

naprawdę nie mam. Nawet wrzeszczeć już mi się nie chce. Nawet rzygać nie mam siły. Czemu muszę dać radę, czemu muszę to wytrzymać?

Gdybym mogła zrobić Ci awanturę, nie wiem, rzucić czymś, wywrzeszczeć się, wyryczeć, nawet wyrzygać się na środek dywanu :P, cokolwiek, żeby wyrazić swoje zmęczenie, protest, niemieszczenie się w czasie przyciasnym jak kiecka sprzed roku, niezgadzanie się na słodkie i nabożne obiecanki-cacanki, że będzie dobrze, że Się zatroszczysz, że srutututu, tak?

PeJeden odprawiał tą mszę z nie do końca wiem jakiego formularza, z przedziwną kombinacją i tekstów, i czytań (nie wiem, zgadywał? mieszał ze wspomnienia NMP Wspomożycielki i Chrystusa Kapłana, jak mu się przypomniało, dodając swoje wstawki na każdym takim karkołomnym zakręcie :P ? ) I naprawdę, zaczynam chodzić na te "jego" msze za pokutę, ok. Podobnie jak słuchać "majowych" czytanek, czytanych z jakiejś nabożnej książki zamiast kazań w maju - że Sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński to... i tak przez kilkanaście minut, słodkie blablabla. Sługa Boży sługą Bożym, ale mi niewiele te słodycze dają, zwłaszcza teraz, tak? Bo on to tak strrrasznie kochał Matkę Bożą. No ok, on kochał. :P

 Nie mam siły wrzeszczeć. Nie mam siły się kłócić. Nie mam siły już pytać, i tak nikt mi nie odpowie, tak?

środa, 23 maja 2018

czyj to ogon :)

tadam!!!! Nakryłam bogatki w budce.

Tej drugiej. W pierwszej chyba były ubogie, ale albo są aż tak dyskretne i nieśmiałe, albo już zdążyły wyprowadzić lęg i się wynieść.

Więc jednak coś się zalęgło i nie szerszenie.


Na malinach pszczoły

Na szczypiorku pszczoły

Na poziomkach poziomki :).

Próbuję ogarniać zaległe sprawy, nie ogarniam. Chciałabym mieć dziesięć razy więcej czasu i nie musieć jeść ani opłacać rachunków :P.

wtorek, 22 maja 2018

hm majnik?

No tego jeszcze nie było :).

A za oknem lato.
Zbieram różę na dżemik...
A łzawica, posadzona na ogrodowych grządkach, ginie z powodu suszy, bo nie mam czasu latać i jej podlewać... no więc jeśli nie Chcesz koralików, jeśli Uważasz, że i tak nic z nich nie będzie, to Wysusz tą łzawicę od razu i tyle.

poniedziałek, 21 maja 2018

jak napiszę, że

nie daję rady, to Szanowni się zanudzą. Ale nie daję.
To miał być lekki dzień - i może by był, gdyby z jednej matury nie zrobiło się jedenaście :P. Z pracy zamiast przed piętnastą wróciłam po siedemnastej, u rodziców pani pielęgniarka stomijna (też zresztą spóźniona), fryzjer taty wyjechał na tydzień do rodziny, Wielebny M. umówiony na pojutrze, materac w końcu dojechał i mama go sama przydźwigała do domu, a ja przez ten czas co? Że siedem matur zdałam? :P
Połknęłam coś na szybko, spóźniłam się na wieczorną mszę, zrobiłam zakupy, w domu u rodziców zepsuł się zamek w drzwiach, trzeba go wymienić...

Myślę, że nie da się kochać matki (czy Matki), jeśli nie kocha się życia. I to jest aż takie proste. Ale jak tu kochać to życie, no jak, jak?
Łatwiej modlić się o śmierć - co poranek, co wieczór, parę razy w ciągu dnia, kiedy znowu kolejne coś wali się na łeb, tak? Bo modlitwa o Paruzję podobno egoistyczna jest :P.
No i moją śmierć chyba Ci łatwiej zorganizować jednak? :)

niedziela, 20 maja 2018

strasznie się boję

i bardzo mnie boli.

wieczorem
no Zobacz, Zobacz tylko:
 
A tu tata i jego odbicie:
A tu znowu dwóch ojców
i ich potomstwo :)
Nie wiem, proszę żółtej kury, czy co będzie z tych jajek. A ten uroczy kurczak to tego białego tatusia.
Pawie też robią wszystko, żeby się o analogiczne kurczaki postarać. Naprawdę. Ale nie pokażę tutaj, bo blog nie jest od 18 lat :P, musi wam wystarczyć, o Szanowni, słońce złapane w pawim ogonie.
I jeszcze kos
I jeszcze...
Że co, że nie widać? :)
No jak nie widać. Trzciniak chyba albo coś. Widać? To znajdźcie go wyżej. :)

I tulipanowiec jeszcze.


A poza tym? No dalej przerabiamy bieganie z miseczką pełną g*, tak już będzie zawsze i tyle. Nie wiem, może ustąpią problemy z pęcherzem, chyba normalne po dwóch miesiącach zacewnikowania. Nie wiem, jak z głową będzie. Jak z chodzeniem, myciem się. Przerabiamy pierwsze odklejające się worki. I co przyjdzie z badań histopatologicznych, tak?
Śnią mi się straszne rzeczy, wiem, histeryzuję. Nic się przecież nie dzieje, w końcu co jest strasznego w lataniu z miseczką g*, tak?

I że jak czytam, że Masz mi jeszcze (podobno) dużo do powiedzenia, to wszystko we mnie wrzeszczy, że Ty już mi nic lepiej nie Mów, jakie dużo, co jeszcze, ile jeszcze, tak?

sobota, 19 maja 2018

no przykro mi, że

tak to Zrobiłeś, tak? Chciałabym, Żebyś raz mnie Przytulił, a nie tylko Odrzucał... i czuję się trochę jak krokodyl, do którego Masz pretensje, że nie lata. :P

Naprawdę robię, co mogę. Nie uchylam się, nawet jak mama zachowuje się trochę jak żona kierowcy :) i wiem, wszystko robię źle: czy to opróżnianie worka, czy pieczenie ciasta. Worek zabrudziłam, ciasto twarde. No ok. A zastrzyków, wyrodna córka, robić nie potrafię, tak?
Brakuje mi dziecka, on by zrobił :P. Wiem, i tak by go nie było. Ale mam pretekst, żeby boleśnie zatęsknić. Poczuć się totalnie sama. Ryczałam pomiędzy jedną a drugą (i a trzecią) apteką, szukając tych zastrzyków w liczbie chyba trzydziestu.

Leciałam w ostatniej chwili, a nawet mocno spóźniona, na wieczorną mszę, nakarmiwszy i wysikawszy tatę, i ułożywszy go do snu. Msza spóźniona jeszcze bardziej niż ja okazuje się uroczystą liturgią Wigilii Zesłania Ducha Świętego, z sześcioma czytaniami, kazaniem, odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych i nie wiem czym jeszcze, bo musiałam wyjść. Zanim doszłam do rodziców, minęło półtorej godziny od wyjścia, zanim po skończonej mszy wróciła mama, musiałam już w międzyczasie tatę zaprowadzić do łazienki, wyporządzić worek, przespacerować i podać leki na serce, bo się rozkołatało.
Ty Jesteś Panem czasu, a oni niech se tam wzywają Ducha Świętego i niech tam na nich wszystkich uroczyście Zstępuje, ok. Mnie być nie musi nawet na zwykłej mszy, jeśli nie Chcesz.
Chcesz mi coś powiedzieć? Może? Czy Będziesz dalej milczał?

Zobacz:

Naprawdę Musiałeś mnie wygonić z Eucharystii? Aż tak, aż do tego stopnia Musisz po mnie jeździć, aż tak Musisz odrzucać?

piątek, 18 maja 2018

no boli, no

jak cholera. I strasznie się boję. I muszę być tą ostatnią silną, myślącą, dźwigającą, odważną - i jeszcze za to należycie oberwać, bo i tak zawsze wszystko źle. Wiem.
Chciałabym, Żebyś mnie Kochał. Nie tylko Wymagał, nie tylko Oczekiwał, nie tylko Stawiał w sytuacjach, w których _muszę_. Bo nikogo innego nie ma. Albo nie dali rady, albo Ty ich Odwołałeś gdzie indziej, albo odwrócili się d*, albo coś.

Mam kupę żalu do wszystkich dookoła, nie ma sensu tego wypisywać. Oczywiście, że do Ciebie też. Czy naprawdę muszę być teraz sama?

wieczorem
tata w domu, musimy zacząć uczyć się ogarniać sytuację.  Nie śpię od 2.40 w nocy, znowu. Zdałam kilkanaście ustnych matur, z dużym wysiłkiem niektóre. I wykończona jestem.
I nawet mnie nie Pytaj o żadne tam kochanie, co? Bo jak Sprowokujesz, to wybuchnę i chlapnę Ci, czego nie Chcesz usłyszeć.

Zamykam oczy, widzę szpitalny korytarz. Kuchnię, punkt pielęgniarski, zakręt do łazienek, drzwi do brudownika. Kolejno sale numer osiem, numer pięć, salę intensywną, numer cztery. Długaśny korytarz wyłożony trzema kolorami pcv. Na końcu gabinet ordynatora. Wszystkich lekarzy. Wszystkie po kolei panie pielęgniarki, panie z kuchni. Kolejne twarze kolejnych pacjentów. Wżyłam się w ten świat... Już nie będę szła korytarzem, śpiewając pod nosem, z michą pełną g* w ręku, tak? Nie będę wycierać zupy, którą rozlał pan z naprzeciwka, nie będę wołać pomocy, kiedy komuś podciągnie krew do skończonej kroplówki, nie będę prosić o wylanie komuś tam czegoś tam z jednego czy drugiego worka... No wżyłam się w ten świat, stał się moim.
Będzie śnił mi się po nocach, jak pewien karmel?

Czy wszystko i wszystkich zawsze muszę zostawiać?
Tak, Panie, boli mnie. Nawet to.
Znasz durniejszą piiiii?

czwartek, 17 maja 2018

nie wiem, 5.10 czy 5.40

w każdym razie stwierdziłam, że za wcześnie. Budzik nastawiony na 6.30. O 6.10 go wyłączyłam, to jeszcze pamiętam. Obudziłam się o 7.09. SIÓDMEJ dziewięć. Za oknem lał deszcz.
Oficjum poranne, śniadanie, wybiórka do pracy, wszystko w tempie super ekspres lukstorpeda, żeby przed dziewiątą zacząć. A jeszcze, majaczyło mi się, jakieś prace do sprawdzenia w szafce leżą. Wpadłam półprzytomna i mokra jak zmoknięta mysz do szkoły chwilę przed dzwonkiem na przerwę i na wpół przez mgłę nieprzytomności skojarzyłam, że mam dyżur. Już na niego szłam, z garścią kartek w jednej ręce, a z czerwonym długopisem w drugiej, kiedy Pani I. oświadczyła, że dziś obowiązuje plan lekcji (i dyżurów) w wersji, na której jest drukowanymi literami napisane, że od 21 maja :P. Czyli dyżur mam na następnych przerwach dwóch. Acha.

Sprawdziłam, przeprowadziłam lekcje, odstałam dyżury, nieustannie myśląc, jakim cudem zapakuję i wypakuję jutro ojca z taksówki. J. mówi: przyjadę po was moim autem. A będziesz mógł? Bo godziny nie jestem w stanie ci podać. A przydałby się chłop do tego pakowania i wy. Naprawdę.

Zakupy, do domu. Leje. Już nie jak ruda mysz, jak młodsza siostra topielca. Do rodziców. Tak, łóżko przywieźli. Bez drabinki. Mama cała w histerii, bo łóżko drewniane i nie ma do czego drabinki przyczepić. No jak drewniane? Jeśli, to wyjadę na facecie tak, że schodów policzyć nie zdąży, co on przez telefon opowiadał?  Po godzinie wściekania się schodzę na dół, łóżko okazuje się metalowe z dwoma drewnopodobnymi dechami z przodu i z tyłu. A drabinkę przyczepimy tu. A co ona zrobi, jak się w taksówce odklei worek. Mama, w taksówce i tak nic nie zrobisz. Acha. Zaczynam kręcić masę do ciasta, wybija dwunasta trzydzieści, rzucaj, leć. Łapię zupę, po drodze zaliczam sklep medyczny. Drabinkę proszę. A ten materac zamówiony, co miał jutro być? Pani uśmiecha się promiennie oświadczając, że może będzie w poniedziałek i czy chcę odwołać zamówienie.
Nie, wtedy jeszcze nawet nie zaklęłam pod nosem.

Biegnąc przez deszcz zaliczyłam jeszcze dwa sklepy, materacy nie ma w żadnym. W ostatnim pani litościwie zaproponowała mi gąbkę podkładową, na kilka dni wystarczy. Biorę, niech mi pani odstawi, za godzinę będę wracać.

Tata odłączony od cewnika, nerwowo chce sikać co 15 minut, poza tym duszno mu i słabo, i w ogóle to przenoszenie do domu po dwóch szpitalnych miesiącach okazuje się stresem jak sam ślub. Robię przy nim co trzeba, dwa razy wyprowadzam do łazienki, wołam pielęgniarkę z ciśnieniomierzem - w porządku, niech pan odpocznie, a jak co to wołać. Pan odpoczywa, ja lecę do sklepu po gąbkę, taskam w jednej ręce ogromny rulon, w drogiej próbuję utrzymać parasol, wywracający się co chwila na wietrze na drugą stronę, na ramieniu torba obija się o tyłek. W tym momencie, przyznaję szczerze, zaczęłam kląć :P. Pod nosem.

Instaluję tą gąbkę i drabinkę na łóżku, odciekam wstępnie z deszczówki, aktualizuję plan lekcji na stronie szkoły, resztę zrobię potem, podczas robienia sobie obiadu mało nie wywracam patelni, więc rezygnuję, jem coś na zimno. kończę masę, przekładam placki - z ośmiu tylko jeden wylądował na podłodze, ale nie mówcie tego lekarzom :P. Ufff... we łbie mi się kręci. Przyjechał pan z umową o wynajęciu łóżka, mama idzie podpisywać, wraca przekonana, że gąbka, którą przytaskałam, jest niepotrzebna, wystarczyłoby koce zwinąć... yhyyyy...... Wpół do piątej. Biegiem szykuję dla taty kolację, mama tym razem idzie do szpitala, ja mam na głowie jeszcze zakupy, załatwienie tego i tamtego, i jeszcze czegoś tam. 17.25. Strona szkoły zaktualizowana, wpis wpykany na blogu, za chwilę hora media, msza, dwa sklepy. Tak, i miskę mam jeszcze kupić, taką małą na obsługę stomii, wiem. We łbie dalej się przelewa. Robię listę rzeczy, które mam kupić, koniec przerwy. Papa.

wtorek, 15 maja 2018

nic nowego

dalej obijam się między rodzicami, dalej wszystko jest za późno, za mało, za coś tam, dalej można mamie powtarzać coś parę razy, a nawet dyskutować z nią na jakiś temat, a za parę godzin jest awantura albo foch, bo ona nic nie wiedziała, takie tam. Tata próbował chodzić po schodach, po trzecim stopniu wyleczył się z wiary, że da radę wejść siedemdziesiąt. Mama szykuje mieszkanko po ciotce na parterze, ale nie potrafi pozbyć się żadnego ze starych gratów, za to dostawia nowe, co skutkuje tym, że niebawem da się tam ewentualnie stanąć na baczność w przedpokoju. No i sprząta, znaczy ja mam sprzątać, tia. Dobrze, pójdę jutro po szpitalu, odkurzę i przetrę podłogę na mokro.

Zabrałam panu spod telewizora butelkę mydła w płynie, którą próbował wypić. I co poza tym? A, balkon obsadziłam nowymi autotrofami, mieszanka pelargonii, surfinii, uczepu i lobelii. Na razie wymięte wszystko i zmarnowane, pokażę, jak wstanie i zacznie trochę kwitnąć.

Wracam wieczorem ze szpitala, szykuję se kolację, płakałabym ze zmęczenia, ale po co płakać, kiedy nikt nie widzi? :P Nie wiem, coś mi się z hormonami robi, bo nawet wrzeszczeć i kłócić mi się już coraz bardziej nie chce. Może wpadam w depresję? :P