wtorek, 27 czerwca 2017

modlę się, wyszywam

rwę porzeczki, plewię ogród. Chyba najtrudniej jest nie mieć wpływu na to wszystko :P przy całej świadomości, że wszystko jest pod Kontrolą, że to Prowadzisz, że tkasz takie wzorki, o których mi by się nie śniło.
Proszę Cię, nie Pozwól mu spaść na łeb. Nie Daj mu się rozbić.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

etnicznie będzie

Zawsze chciałam mieć brewiarz oklejony na okładce takim chaziajskim szlaczkiem. Żeby go zidentyfikować jako swój. :)

Z innowacji byłam u fryzjera, rzuciłam kolor na siwiznę i założyłam pętelki do podwiązania pelargonii.
No to całkowicie moja inwencja, nikt na to bodaj nie wpadł, żeby montować pętelki z drutu w ścianie po obu stronach okna, a między pętelkami puścić sznurek. Bo pelargonie stojące na parapecie wybujały mi na 3/4 szyby już i przy każdym większym wietrze się wywracają. Podpieranie kijkami się nie sprawdziło, obcinać nie chciałam. Balkon mam ocieplony, znaczy wyklejony styropianem i obłożony tak zwanym barankiem. Gwoździa da się w to wbić, ale nie trzyma. Więc wbijając gwoździa wybiłam dziurki, z grubego miedzianego drutu wycięłam pętelki, zanurzyłam końce drutu w kleju magicznym - i wkleiłam drut w styropian. W jesieni sznurki się odplecie, a pętelki nikomu nie będą przeszkadzać. W przeciwieństwie do zadziornych gwoździ pętelki łagodne są.

Z drobiu odwiedziła mnie pani kopciuszek.
I nawet dość mocno na mnie nakrzyczała.
Był też dzwoniec z czyżykiem.
Jak jeden się patrzy, to drugi się chowa. :)
Lubię toto. :)

niedziela, 25 czerwca 2017

co mam na biurku

proszę:
Będzie co z tego?

Jakoś nie mam serca do kończenia tej zaczętej bielizny kielichowej :P. To ma być brewiarzowa zakładka w miejsce tej rozjechanej z tasiemki.

Myślę, dziecko, o tamtym lipcu, kiedy uciekałam na całe dnie do parku, siedziałam z różańcem na ławce. Myślę o tamtym poranku gdzieś na Zachodzie, kiedy weszłam do kościoła, wyszłam, wróciłam na rynek, odsiedziałam ze dwie godziny, zanim wróciłam pod dzwonek na furtę. Myślę o ludziach, których kapituła wróciła do domu. O moim bieganiu dookoła miasta :P, kiedy zbierałam się na rozmowę z ówczesnym proboszczem. O godzinach w katedrze. O przedpołudniu dnia konsekracji, przesiedzianym w parafialnym kościele.

Tak, po ludzku boję się. I z tobą, i o ciebie. I wiem, że nie możesz nie skoczyć.
Nawet jeśli ludzie pozwolą ci się rozbić, On cię złapie. Wiem. Ale wolałabym, żeby nie bolało. :P

sobota, 24 czerwca 2017

Elżbieta, Zachariasz i spowiedź :)

no jak to zobaczyć, że historię Elżbiety Prowadziłeś ze względu na Elżbietę, a historię Zachariasza ze względu na Zachariasza? Że nie są dodatkiem do historii Jana, który musiał się jakoś urodzić? Że nikt inny nie mógł być matką Jana, tylko Elżbieta - i to była najlepsza dla Elżbiety droga do świętości, jedyna dla niej historia zbawienia - przez sprawiedliwość, małżeństwo z kapłanem, niepłodność (jej czy jego? z zasady i tak zawsze było na kobietę :P), potem urodzenie syna, wychowanie go przez te pierwszych parę lat i śmierć, bodaj zanim poszedł na pustynię. Może dlatego Jan urodził się starym rodzicom, żeby mógł po ich śmierci spokojnie odejść. Może dlatego nie mógł urodzić się wcześniej. Może musiał być pierworodny, żeby być ukochany nad świat, żeby mieć na wylot doświadczenie bycia ukochanym nad świat.

Że nikt inny nie mógł być ojcem Jana, tylko Zachariasz, na tyle sprawiedliwy, że po ukaraniu odebraniem głosu (i słuchu?) nie zbuntował się (mógł przecież powiedzieć: taaaa? to ja się takiego teraz prześpię z Elżbietą :P i Rób Se co tylko Chcesz z tymi Twoimi obietnicami, co tylko ranią i krzywdzą. No mógł, był wolny. I żadnego Jana by nie było :P. Ja bym się chyba zbuntowała, na przykład. :P)

Jak to zobaczyć, że historia ich życia była przede wszystkim historią ich świętości, ich historią zbawienia - nie tłem i nie wstępem do historii Jana? Że byli głównymi bohaterami Opowieści. Głównymi adresatami Miłości. Nie narzędziami do spłodzenia syna, nie inkubatorem, nie próbówką do in vitro.

Siedziałam po spowiedzi przed Najświętszym, wyłam dobre pół godziny.

piątek, 23 czerwca 2017

deszcz, Serce i koniec

roku.
Deszcz.

 Nie byle jaki, świętojański.

Myślę, że zachowuję się wobec Ciebie dokładnie tak jak kiedyś zbuntowane szczenię wobec mnie.  Bo mnie boli, to Obrywasz. I, cholera, nie chcę tak. Nawet jeśli nie potrafię. Jeśli wszystko we mnie wrzeszczy jak na początku księgi Malachiasza: W czym się przejawia, że nas Umiłowałeś? No wrzeszczy.

Budziłam się rano z uczuciem, że najchętniej bym dziś wcale nie wstała. :P Zakończenie (ale jeszcze do pracy będę chodzić, mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia, do zamknięcia przed urlopem), pożegnania, zmiany. Nie lubię.


Ja nie chcę, żeby się coś działo. :P

17.17.
oglądam zdjęcia z onegdajszej imprezy integracyjnej w robocie, nadziwić się nie mogę, jaka jestem wyprana i zmęczona.
 Nawet jak próbuję się uśmiechać :P.
 Wiąż mnie mocniej, tia. :P
 Dziecko na ostatnich zdjęciach seminaryjnych wygląda niewiele, ale trochę lepiej.  :P
Jeśli Boga nie ma, to jesteśmy idioci. Jeśli Bóg Jest, to nie ma sensu nie być świętym. Nawet jak po tobie jeżdżą sanie młockarskie o dwóch rzędach zębów. Nawet jak sam(a) je prowadzisz.

czwartek, 22 czerwca 2017

ucięłam palec nożyczkami :P

znaczy górne 2 milimetry palca :P, ale zrobiłam Ci wianki.
Tu  nie wszystkie, w sumie z 60 było.
Nie został mi żaden.

Nie wiem, czy to tak ma być, że nic mi nie zostaje. Chciałabym, żeby zostało. :P Niekoniecznie w wiankach.

Pytał mnie ktoś, jak się takie wianki robi. Nie wiem, to dzisiejsze pokolenie nigdy se wianków nie wiło czy co? Oni już z tych co tracili wianek :P zanim nauczyli się robić wianki, tia....
No więc. Kurs podstawowy wicia wianków.

Trzeba mieć: zielsko (pokrojone na niewielkie cząstki, typu listki, niewielkie gronka kwiatów i te pe), nitkę, nożyczki.
Tak, to _te_ nożyczki. :P

I co teraz. Bierzemy jeden kawałek badylstwa:
Zawiązujemy na nim nitkę. U góry, nie więcej niż 2 cm od wierzchołka. Nitki nie odrywamy od szpulki.
Dokładamy drugi kawałek badylstwa odrobinę niżej
i okręcamy nitką (dalej ciągnie się ze szpulki). I tak dokładamy kolejne kawałki badylstwa, coraz niżej.
Coraz niżej...
Coraz niżej, powiadam...
Jak już mamy tego tak z półtorej do dwóch palców długości
przestajemy dokładać badylstwo, ucinamy łodyżki na długość jakich 2-3 cm i owijamy ten kikut nitką.
Nitka do tej pory była przywiązana do szpulki :) . To jest ten moment, kiedy odcinamy nitkę od szpulki jakieś 30 cm od zielska. Zielsko wykrzywiamy łukowato (powinno się dać i nie rozlecieć, gdyby się rozleciało, to za luźno było plecione, generalnie im bardziej nabity wianek tym lepiej).
Wykrzywiamy... aż się zamknie kółeczko.
Kółeczko związujemy (przynajmniej w 3 miejscach) tymi 30 cm zostawionej nitki.
Po odcięciu nitki mamy wianek.
Trzeba go w palcach wyprostować, nastroszyć, poukładać. I jest.
I tak 60 razy. :)))) Jeden wianek wielkości oktawowej :) robi się 5 do 8 minut.

środa, 21 czerwca 2017

pachnę tymiankiem

macierzanką, kocimiętką. Kilka pierwszych wianków już jest, reszta jutro.

W pracy intensywnie i jak zawsze na poziomie relacji niełatwo. Tia wiem - dla Ciebie za dziecko.
A dziecko zdaje te swoje egzaminy i boimy się. Co teraz? Widzę, jak bardzo nie chcę, jak się buntuję. I jak z całą świadomością gram dokładnie przeciw swojej woli. Trochę tak, jakbyś Przejechał mnie czołgiem, którym sama kieruję, wiesz? :P

Czekałam wczoraj cały wieczór na sms, wiedziałam - trudny egzamin miał. Cisza. Przysypiałam, gotowa zerwać się na buczek telefonu, reagowałam na każdy hałas za oknem, za drzwiami, za ścianą. Znasz takie nasłuchiwanie całym sobą, wiem. Myślę, że Wiesz, kiedy przychodzimy, kiedy przyjdziemy. Ale i tak Czekasz. Nasłuchujesz. Zrywasz Się na każdy szmer.

wtorek, 20 czerwca 2017

modre

zrobiły gniazdo w krzyżu przed kościołem. Z tyłu. Tam, gdzie poprzeczna belka dotyka pionowej, gdzie się łączą, pod blachą zabezpieczającą poprzeczną belkę przed deszczem.
Myślę, że nikt inny :P ich tam nie zniszczy. Nie ludzie, tak? Nie zwierzęta. Po ludzku bezpieczniejsze miejsce niż parę innych.

A jednak mieszkać w krzyżu to ryzykowne zajęcie. :P

poniedziałek, 19 czerwca 2017

jest drobna różnica

nie chodzi o fakt związać ani o fakt ofiarować. Bo przecież nie tylko dla Boga można związać dziecko i zanieść w ofierze, tak?
Jaka jest różnica, synu. Żebyśmy się nie zaplątali. Żebyśmy nie zaczęli traktować Boga jak tego drugiego. Bo wtedy psu na budę i diabłu na kubrak.

Wiesz o co chodzi?
Po pierwsze o motywację. Po drugie o obraz Boga.

Po pierwsze - nie jestem pewna (i nie chcę być pewna :P) ale wydaje mi się, że tamte ofiary są dokonywane z dwóch powodów. Najpierw z pychy. Bo chcesz być ważny, liczyć się, mieć szybki, spektakularny, najlepiej nieludzki sukces. A potem dlatego że się boisz. Na przykład przestać. Tak?
Po drugie. Ważniejsze.
Jeśli składamy to w ofierze Bogu, ale mamy hm nie poczucie - przekonanie? że jesteśmy ciężko skrzywdzeni, że On nas nie kocha, że ok, może kocha to drugie (czyli ja mówię: syna mi Kochaj dwa razy tak, mnie nie Musisz, a ty: matkę mi Chroń, mnie niszcz) - rozumiesz? No jeśli tak, to diabłu na kubrak. Rozumiesz?

Nie możemy pozwolić, żeby to tak w nas działało. Musimy widzieć tą różnicę. Więcej, Musi być widać, że ta różnica w nas jest.

Tak, daję Ci człowieka, którego kocham bardziej niż cały świat. Ale a. nie robię tego po coś ani za coś i nie chcę budować na tym przekonania o swojej wielkości (ani przekonania o swojej świętości :P) i wiem, że nie muszę tego robić, a Ty i tak będziesz mnie Kochał (więc nie robię tego z przymusu ani ze strachu) i b. czuję się w tym wszystkim ukochanym dzieckiem. Podmiotem, nie rzeczą. Nawet nie dopełnieniem. :P Jeśli to się dzieje, to z Miłości do mnie, nie do mojego syna, nie do mojej matki, tak? Widzę Boga jako Boga, nie jak tego tam drugiego. Boga, który Kocha. Nie diabła, który używa.
O to chodzi w twierdzeniu, że Bóg zawsze daje ci historię przede wszystkim ze względu na ciebie samego.  Nie dlatego że Kocha kogoś innego niż ty, że głównym bohaterem jest kto inny, a ty jesteś pionkiem, który obrywa przy okazji, bo główny wątek rozgrywa się obok, nie w tobie, tak?

Jeśli pogubimy w tym wszystkim prawdziwy Obraz, jeśli nie będziemy teraz, w tym czasie, dążyć do coraz prawdziwszego Obrazu - zmarnujemy coś.
Nie marnujmy, syneczku.

Zobacz. To dopiero jest Akeda.
Jeszcze nie mamy takich szram na nogach i na nadgarstkach.
Tam wisi mój zaręczynowy pierścionek (może go nie zdjęły? :P), wiesz? A nawet jeśli zdjęły - on tam jest.

Zobacz:
Widzisz? Ale _wszystko_ czytaj. :)

niedziela, 18 czerwca 2017

Akeda

przecież sam dałbyś się związać Abrahamie
sama dałabyś się związać
Miriam żeby
nie uchylił się nie bronił nie uciekł
żeby nieskaleczony
czysty

na co ci tysiąc gwiazd
na co stokroć więcej
domów pól dzieci
idź sprzedaj rozdaj
a potem chodź
z Libanu

jedno Jagnię
jedyne
winnice kwitną pachną
wody nie ugaszą nie zatopią łzy
nie wiem sztandar nade mną czy sznur w moich rękach
czy nóż
powiedzcie Mu
jeśli Go zobaczycie
powiedzcie Mu
niech jak pieczęć
mocno
mocniej